Jakże łatwo przychodzi nam zmieścić życie w gładkiej, a zarazem wszystko mówiącej (czy rzeczywiście?) formule. Jedno słowo służy tu za cały świat, w którym braknie już miejsca na intymny dramat podejmowanych wyborów, chwiejność starannie skrywaną pod pancerzem pewności, czy też obcość wobec swego publicznego wizerunku.
Hermetyczna kapsuła słowa zacieśnia prawdę o złożoności rzeczy. Więcej nawet: stan umysłu, pragnącego świat schować w przykurzonej szufladzie pełnej wszelakich –izmów to nie zabawa, podobna rozstawianiu pionów na planszy gry. Sądzę, że niesie poważniejsze konsekwencje. (Piszę to świeżo po lekturze „wspomnień” członków pewnego forum internetowego na temat życia i intelektualnej działalności profesora Kołakowskiego).
Bo czyż nie jest tak, że tym sposobem torujemy sobie drogę ucieczki – od osoby (powiedzmy górnolotnie: levinasowskiego Drugiego), od pytań o niego, i zarazem o siebie, a więc od myślenia, które zawsze jest jakoś relacyjne ( istniejące „w”, „dzięki” i „poprzez” relację). Myślenie jest wszak pytaniem, czasem wręcz wątpieniem, a u swego fundamentu ma postawę otwarcia – na to, co poza mną, na Tego, Który nade mną i obok mnie, oraz na mnie, ukrytego przede mną i we mnie samym, którego poznać winien jestem. Doświadczenie inności, nie-tożsamości jest więc tu jak najbardziej na miejscu… czy musi jednak ono machinalnie tworzyć obcych sobie? Chodzi o to, by być Tuż obok, jak pisze na swym blogu Ewa Kiedio. Bardziej nie można…
Wracam myślą do ostatnich tekstów profesora Leszka Kołakowskiego. Ma intelektualna indolencja (ufam, że także poczucie miary) nie pozwala mi mierzyć się ze spuścizną Profesora. Porusza mnie jednak przestroga zawarta w wywiadzie udzielonym na osiemdziesiąte urodziny Kołakowskiego.
Ważne jest, byśmy mieli poczucie, że jesteśmy uczniami, zawsze. Do końca życia.
Nikt nie jest uczniem samemu sobie. Nauka zawsze jest mocowaniem się – także z własnymi czynami nie raz dźwigającymi treści, że aż skóra cierpnie, że to moje, że to jednak ja. To mocowanie nie tylko z samym sobą, ale przekraczanie siebie w wychyleniu na innego. W tej postawie otwarcia staje się on dla mnie pytaniem i zadaniem, przed którym staję, jak bezradne dziecko – bo gdzie jest to tuż obok i gdzie szukać tego, co nam wspólne?
PS. Od trzech tygodni nie jestem w stanie dopisać do tej wprawki choćby jednego zdania. Może tak być powinno – nie warto wszak rzucać się na podstawowe pytania nazbyt zuchwale z pyszniącymi się odpowiedziami. Niech więc zostanie tak, jak mi się napisało. Niezgrabnie i z sączącym się patosem.
